- Koncerty
- terminy koncertów
- galeria zdjęć
- relacje z koncertów
- Wieści
- wieści muzyczne
- kocioł
- dodaj wieść
- Płyty
- recenzje płyt
- zapowiedzi premier
- Wywiady
- wywiady
- Ogłoszenia
- ogłoszenia drobne
- dodaj ogłoszenie
- Zobacz
- wywiady
- forum
- linki
- rekomenduj muzykę
- korozja
- sondy - archiwum
- Redakcja
- o nas
- szukamy pomocników
- reklama
- polityka cookies
- kontakt
- Konto
- zaloguj się
- załóż konto
- po co?
recenzja: Jeff Beck "Truth"

The Yardbirds z Jeffem Beckiem w składzie ewoluował od nagrywania głównie coverów do prezentowania w pełni autorskiego materiału. W końcu doszło jednak do rozstania i utalentowany, wciąż młody gitarzysta rozpoczął karierę solową. Na pierwszych singlach próbował nawet sił jako główny wokalista, ale ostatecznie zrezygnował z tej funkcji. Na potrzeby albumu stopniowo otoczył się innymi dwudziestoparolatkami, dotychczas przechodzącymi od zespołu do zespołu. Grupa przypadkowo wypełniła świeżą lukę - "Truth" ukazał się niecały miesiąc po oficjalnym rozpadzie The Yardbirds.
Rozczarowuje fakt, że na debiutanckim długograju Jeff Beck z kolegami nie zaprezentował ani jednej stuprocentowo własnej kompozycji. W paru przypadkach gitarzysta nawet podkreślił, że nie był pierwszy. W dołączonych do listy utworów komentarzach, nazwanych, w nawiązaniu do tytułu, "prawdą" o albumie, m.in. pochwalił Tima Rose'a za jego wykonanie "Morning Dew" oraz poinformował, że riff do "I Ain't Superstitious" ukradł Howlin' Wolfowi, który jednak nie miał o to pretensji. Stopień zapożyczeń na "Truth" jest różny. Występują tu typowe covery, adaptacje tak luźne, że można mieć problem z ich rozpoznaniem, i zaledwie inspiracje. Nawet trzy pozornie autorskie kawałki, czyli "Let Me Love You", "Rock My Plimsoul" i "Blues De Luxe", oparte są na bluesowych standardach, które w repertuarach mieli m.in. Buddy Guy, Lil' Son Jackson i B.B. King. Spoza grupy Jeffa Becka wśród twórców materiału najczęściej wymieniany jest Willie Dixon - jako autor lub współautor "I Ain't Superstitious" i "You Shook Me".
Przeróbki i nawiązania w większości wypadły co najmniej dobrze, ale zdarzyły się też wtopy. Do mniejszych należą oklaski publiczności dograne w kilku miejscach "Blues De Luxe" - brzmią po prostu sztucznie i bardziej rozpraszają, niż pasują do muzyki. Większą jest "Shapes of Things". Ogólnie album sprawdza się jako nieprzesadny pokaz talentu gitarzysty i jego kolegów. Jeff Beck czasami budzi szacunek solówką, jak w "Let Me Love You", czasami intryguje niezbyt typowymi zagrywkami, jak w "Rock My Plimsoul", a w "I Ain't Superstitious" zwraca uwagę, z wyczuciem używając wah-wah. Jego partie nie są przy tym w poszczególnych nagraniach dominujące. Na pierwszy plan pozwala wysuwać się Rodowi Stewartowi, który umie śpiewać lepiej, niż pierwotni wykonawcy repertuaru. Gitarzysta i wokalista potrafią też stworzyć nieźle współpracujący duet, np. w końcówce "Blues De Luxe" - zaznaczam jednak, że Jeff Beck wchodzi na "Truth" w muzyczne dialogi prawie z każdym. Perkusista Mick Waller ma mniej pola do popisu, ale stać go było na solo w finiszu "I Ain't Superstitious", nawet jeśli średnio imponujące. Basista Ron Wood w tle zdaje się wykazywać szczególną swobodą w posługiwaniu się instrumentem. Obecny tylko w garści nagrań pianista Nicky Hopkins w większości również zgrabnie je ozdabia, chociaż w solówce w "Blues De Luxe" razi niedoborem finezji. We wspomnianym "Shapes of Things", otwierającym album, grupa jednak po prostu posunęła się za daleko. To jedna z tych przeróbek, które tak odbiegają od pierwowzoru, że z początku można ich nie rozpoznać. Owszem, zespół Jeffa Becka wykazuje się kreatywnością, ale można odnieść też wrażenie, że na siłę robi tu wszystko inaczej, niż The Yardbirds. Zarzut dotyczy głównie jednego członka formacji - to Rod Stewart przekombinował i zepsuł tym całość. Za dużo próbował pokazać i zbyt wiele dodał. Samą siłę głosu i lekką modyfikację melodii można by jeszcze było zaakceptować. Pozbawiając piosenkę pierwotnej prostoty, przede wszystkim przesadził niestety z melizmatami i stworzył rozlazłego potworka. Gdyby wokalista nie nawalił, nie odwracałby uwagi od faktu, że instrumentaliści akurat ani trochę się nie pogubili i stanęli na wysokości zadania.
Zespół Jeffa Becka najlepiej wypada, grając typowy blues rock, czyli w "Let Me Love You", w "Rock My Plimsoul", w "I Ain't Superstitious" oraz w dwóch wolniejszych kawałkach: nieco za krótkim "You Shook Me" i, pomimo dłużyzny pianisty, "Blues De Luxe". Sięgnął jednak też po materiał innego typu. "Ol' Man River" z musicalu "Statek komediantów" ("Show Boat") w aranżacji grupy chyli się ku podniosłej, soulowej balladzie. W "Morning Dew", pierwotnie wykonywanym przez Bonnie Dobson, znanym też z energiczniejszej, prawie rockowej wersji wspomnianego już Tima Rose'a, wciąż czuje się folkowe pochodzenie. Co do tych piosenek, obie przeróbki grupy Jeffa Becka są udane. Gorzej sytuacja wygląda z krótkim, instrumentalnym "Greensleeves" - tradycyjną melodią zaaranżowaną na gitarę akustyczną. Wykonanie jest ładne, ale nie zachwyca i nawet jako przerywnik nagranie należy do mało wartościowych. Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że wydany wcześniej przez gitarzystę na singlu "Love Is Blue", czyli przeróbka "L'amour est bleu" z repertuaru Vicky Leandros, wykorzystywał podobną melodię. Lepiej się prezentuje również instrumentalny "Beck's Bolero", którego autorstwo wbrew tytułowi przypisano Jimmy'emu Page'owi. Ogólny pomysł na kompozycję oraz sama warstwa rytmiczna wzięte zostały z "Bolero" Maurice'a Ravela. Kawałek z albumu Jeffa Becka to jednak nie muzyka klasyczna, tylko gitarowy rock z cięższą wstawką. Mimo tego rodzaju swobodnego podejścia i tak trudno jest mówić o jednolitości "Truth". Chociaż także w odchodzącym od bluesa materiale członkom kapeli zdarza się błyszczeć, to w połączeniu powstała 41-minutowa stylistyczna mieszanka, po której przesłuchaniu nie do końca się wie, co grupa chce grać.
Na debiutanckim "Truth" Jeff Beck i jego zespół pokazali się jako nieźli instrumentaliści i wokalista. Niestety równocześnie jest to dzieło grupy, która zdaje się dopiero rozgrzewać, zgrywać, a tymczasem pozostaje niewiele więcej, niż cover bandem, do tego z nieco zbyt eklektycznym repertuarem. Owszem, w większości da się go sklasyfikować jako rasowy blues rock z domieszką hard rocka, ale zabrakło mu jeszcze trochę charakteru i sensu. Przede wszystkim za słabo widać tu jasny kierunek poparty autorskim wkładem. Jeśli to jest "prawdziwy" Jeff Beck, to chyba wolałbym, żeby coś poudawał.